spis treści
strona 1
strona 2
Jak pozbyć się kompleksów?
Co to jest "łydka"?
Koń "nie chce iść"?
Twój koń zwariował?
Na którą nogę anglezujemy?
Czy galop to coś trudnego?
Czy w terenie jeździmy inaczej?
Co jest jeździeckim "zabobonem"?
Jak zagalopować?
Dlaczego koń "nie chce" zagalopować?
Jak zatrzymać konia?
Jakie patenty stosować?
strona 3
_________
|
poprzednia strona porad |
następna strona porad |
Jak pozbyć się kompleksów?
Czasem nie jest to proste, zwłaszcza jeśli trafisz do grupy mającej
o sobie zbyt wielkie mniemanie. Musisz jednak uświadomić sobie parę
rzeczy. Po pierwsze - że wsiadając na konia już wygrałeś tylko
w Polsce z paroma milionami ludzi, którzy wsiadają co najwyżej
w kapcie przed telewizorem. Przełam swoje skrępowanie i pytaj o wszystko.
Dopóki uświadamiasz sobie i głośno mówisz o tym, że czegoś nie wiesz,
nie umiesz - masz szansę na rozwój. Po drugie - bądź w stosunku do siebie
bardzo krytyczny, ale bez przesady. Nie wszystkim trudnościom Ty jesteś
winien. Często jest to brak wyszkolenia konia. Ale uwaga - nie znaczy to,
że masz się na konia obrażać lub - jeszcze gorzej - karać go.
Czy można karać analfabetę za to, że nie umie odczytać wiadomości?
Analfabeta, to analfabeta. Chodzi jednak o to, że nie jesteś ujeżdżaczem. Masz znajdować
przyjemność w podróżowaniu na koniu, a za swoje ciężko zarobione pieniądze
masz prawo domagać się konia dostosowanego do Twoich umiejętności.
Po trzecie - pamiętaj, że "niedzielny" to nie ten, kto jeździ tylko w niedzielę, ale ten,
kto zatrzymał się na jakimś etapie rozwoju umiejętności jeździeckich
i nie czuje potrzeby ich rozwijania. Albo ten, dla kogo jazda konna nie jest
zamiłowaniem tylko jednym z punktów tygodniowego planu do wykonania,
a koń - przyrządem gimnastycznym. Nie miej też bezkrytycznego stosunku do
różnych "mistrzów".
Pamiętaj, że "niedzielnych" i "mistrzów" łączy jedno:
jedni i drudzy niszczą więcej koni niż ten środek,
do którego - mam nadzieję - należysz.
I na koniec tej przydługiej tyrady: staraj się jeździć konno w różnych
ośrodkach. Choć od czasu, do czasu powinieneś zrobić wypad do jakiejś
innej stajni niż ta, w której jeździsz stale. Co prawda wtedy raz trafisz
na autentycznego profesora, a raz na "instruktora Łydę". Jednak w końcu
od każdego wyciągniesz to, co jest dla Ciebie najlepsze, a suma da niezłą
wiedzę i praktykę, oraz - co za tym idzie - niezbędne minimum pewności siebie.
Co to jest "łydka"?
Chodzi oczywiście o pomoc jeździecką, a nie o część ciała.
Otóż na pewno nie jest to kopanie konia po bokach. Przy
początkowych trudnościach łatwo nabyć taki odruch, lecz trzeba
się przed tym bronić pamiętając, że "łydka" to:
- mniej lub bardziej impulsywny,
- krócej lub dłużej trwający,
- słabszy lub silniejszy,
- pojedynczy lub powtórzony
NACISK łydką na bok konia. I to cała "tajemnica". Ale jest jeszcze
jedna rzecz, którą trzeba wyjaśnić. Często usłyszysz, lub przeczytasz,
że - na przykład przy ruszaniu - łydka ma działać na popręgu. Nie wiem,
dlaczego tak się mówi. Może dlatego, żeby nie prowokować innego błędu -
zbytniego przesuwania nóg do tyłu, wręcz podciągania ich pod siebie.
Tymczasem łydka ma działać tuż, tuż za popręgiem. Dlaczego? Jeśli nosisz
pasek przy spodniach, to najpierw podrap się w ten pasek, a potem tuż
nad nim - i już będziesz wiedział.
Koń "nie chce iść"?
Jest to klasyczny przypadek kłopotów podróżującego na koniu,
zwłaszcza początkującego. Tymczasem - czy znasz konia, który
(zakładając, że nie śpi) dłużej niż kilka, kilkanaście chwil
stoi bez ruchu? Przecież trudniejsze w ujeżdżeniu jest właśnie
wykonanie prawidłowego zatrzymania. Czyli kilka chwil cierpliwości
plus pomoce naturalne - łydka, dosiad - na pewno zostaną wynagrodzone.
Zwróć przy tym uwagę, czy czasem nie popędzasz i hamujesz jednocześnie.
To znaczy, czy działając łydką nie ciągniesz jednocześnie za wodze?
Najlepiej po nieudanej próbie ruszenia odpuść sobie na dwie sekundy,
rozluźnij się, pomyśl co mogłeś zrobić źle i spokojnie spróbuj ponownie,
lekko wzmacniając pomoce w stosunku do pierwszej próby.
Najgorsze, co możesz zrobić, to natychmiast przystąpić do karania
konia. Skutki nieumiejętnego użycia bata mogą być nieobliczalne:
od wzmocnienia (jak na złość) oporu u konia, poprzez włączenie
"wstecznego biegu", aż do niebezpiecznego wierzgania, podskoków czy
wspinania się. Nie cmokaj też na konia. Jest to nieeleganckie,
a koń boi się wtedy, że go pocałujesz w tyłek.
Twój koń zwariował?
Jeśli Twój koń, który zazwyczaj jest spokojny, a może nawet
leniwy, zaczął nagle "strzelać baranki", a na dodatek robi to długo
i uparcie, to przede wszystkim zsiądź z niego i sprawdź,
czy coś nie sprawia mu bólu, np.:
- coś, co przypadkiem dostało się pod siodło,
- zawinięty czaprak, lub jakaś podwinięta, nie na swoim
miejscu część siodła,
- poprzekręcany popręg
itp.
Zakładam, że w czasie czyszczenia obejrzałeś go dokładnie
i nie osiodłałeś konia z np. obtartym kłębem?! Jeśli powyższe
przyczyny zostały wykluczone nie pozostaje nic innego, niż
przyjąć, że ma taki dzień. Jak zwykle, może Cię uratować tylko
spokój. Usiądź głęboko w siodle i utrzymuj konia w ciągłym, ale
spokojnym ruchu naprzód. A jeśli tego nie potrafisz, poproś
instruktora, żeby na chwilę Cię zastąpił i "doprowadził Twojego
rumaka do porządku".
Na którą nogę anglezujemy?
Może Cię zdziwić ten temat, gdyż niewielu instruktorów i niewielu
autorów książek zwraca na to uwagę. Przypomnijmy sobie co to jest
kłus anglezowany: koń stawia na przemian przekątne pary nóg, a Ty
w tym samym rytmie na przemian unosisz się i siadasz w siodle.
Podczas jazdy po kole wewnętrzna, przednia noga konia jest bardziej
obciążona, niż zewnętrzna. Logika nakazuje więc, żebyś anglezując
nie "dobijał" tej wewnętrznej nogi i siadał wtedy, kiedy koń stawia
na ziemi zewnętrzną. Poznasz to po przesuwającej się do tyłu zewnętrznej
łopatce konia. Zmieniając kierunek jazdy zmieniasz też nogę, na którą
anglezujesz, wysiadując w siodle jeden krok. W terenie, gdzie nie jedziesz
po żadnym kole, powinieneś też co jakiś czas zmieniać nogę, na którą
anglezujesz, żeby rozkładać równomiernie obciążenie nóg konia.
Czy galop to coś trudnego?
Nie, galop to nic trudnego. Więcej powiem - dla mnie galop jest chodem
wygodniejszym niż kłus. Gorzej z koniem - dla niego, a dokładniej dla
jego kończyn jest to bardzo obciążające. Na wolności konie galopują w zasadzie
tylko w czasie ucieczki przed czymś. Czyli nie martw się o siebie, tylko
o konia. Przede wszystkim nie zaburzaj jego równowagi. Utrzymuj swój środek
ciężkości nad jego środkiem ciężkości, który im większa prędkość galopu,
tym bardziej przesuwa się do przodu (z powodu wyciągnięcia do przodu głowy
i szyi, stanowiących znaczący procent masy ciała konia). Pochyl więc tułów
do przodu, ale nie aż tak, żeby "wisieć" na szyi konia. Zakładam też, że
na początek jeździsz tylko w półsiadzie,
unosząc się kilka centymetrów nad siodłem. Pełen dosiad w galopie jest
zarezerwowany dla tych, którzy potrafią to co najmniej dobrze - inaczej
jest to niewygodne dla jeźdźca i bolesne dla konia (z powodu tłuczenia
siedzeniem o jego grzbiet). Powiesz - jak w takim razie nauczyć się galopowania
w pełnym dosiadzie. To proste - trzeba najpierw wiele godzin pomęczyć się
nad tak zwanym kłusem ćwiczebnym (wysiadywanym), który jako chód wolniejszy
powoduje - w razie czego - mniej groźne "podskakiwanie" w siodle. A kiedy
siedzisz już w kłusie jak przyklejony do siodła, galop w pełnym dosiadzie
nie sprawi Ci trudności. Ze względu na bardziej, czy wręcz całkowicie
wyprostowaną (zbliżoną do pionu) sylwetkę w pełnym dosiadzie, jest on zarezerwowany przede
wszystkim dla galopu skróconego, o mniejszej prędkości. No, a jak w ogóle
zagalopować? Wybacz, ale tego nie nauczysz się przez Internet.
Czy w terenie jeździmy inaczej?
Trochę, ale nie aż tak bardzo jakby się mogło wydawać. Różnice
wynikają przede wszystkim z przeszkód terenowych, które możemy
napotkać. Głównymi przeszkodami są mniejsze i większe, od zagłębienia
po kałuży, do wysokiej i stromej góry - nierówności terenu.
Mogą one być z daleka widoczne lub pojawiać się nagle. Żeby koń mógł
płynnie pokonywać takie przeszkody musi mieć odciążony grzbiet i swobodną
szyję. Jeździmy więc kłusem tylko anglezowanym, a galopem tylko w półsiadzie.
Jednocześnie oddajemy koniowi sporo więcej wodzy, niż na ujeżdżalni.
W bardzo trudnym terenie powinniśmy wręcz ograniczyć się w pomocach
tylko do łydek, dosiadu i balansu ciałem. Mniejszym błędem będą całkiem luźne
wodze, niż tylko trochę za mocne ciągnięci nimi. Trzeba sobie uświadomić,
że koń utrzymuje równowagę głownie balansując głową i szyją. Jeśli nie zostawimy mu
w tym swobody, to tak jakbyśmy kazali komuś chodzić po linie ze związanymi
rękami. Podczas podjazdów i zjazdów pochylamy nasz tułów do przodu.
Innymi przeszkodami są kłody, rowy itp., czyli rzeczy do skakania. Tutaj rada
może być jedna: jeśli nie uczyłeś się jeszcze skoków - lepiej nie skacz, tylko omijaj
lub przejeżdżaj. A jeśli taka przeszkoda pojawiła się nagle, przed galopującym koniem?
Cóż - zachowaj spokój, chwyć się grzywy konia i niech się dzieje wola nieba ...
I raczej dołóż łydki! Najgorsze, co mógłbyś zrobić, to przeszkadzać koniowi w skoku
przez jakieś hamowania, skręcania, czy coś w tym rodzaju. Wtedy gleba murowana.
I ostatnia rzecz, na którą chcę zwrócić uwagę. Pomiędzy drzewami, pod gałęziami itp.
koń bierze pod uwagę tylko swoje wymiary. Nie uwzględnia poprawki na Twoje nogi po
jego bokach, ani na Twój wzrost. Musisz więc dobrze wybierać drogę. Przede wszystkim jednak
musisz być przygotowany na "awaryjne" podciągnięcie nóg nad konia, lub płaskie
położenie się na nim, czy wręcz zsunięcie się na jego bok i inne tego rodzaju ewolucje.
Są to sytuacje skrajne, ale nie niemożliwe.
Zapewniam jednak, że nie ma nic przyjemniejszego od podziwiania natury
z końskiego grzbietu, galopu przez pola i leśne dukty, czy mozolnego wspinania się
na góry i górki. Konie też to lubią.
Co jest jeździeckim "zabobonem"?
Spora część światka jeździeckiego - z profesjonalnymi
jeźdźcami, trenerami i instruktorami włącznie - wyznaje parę
tak zwanych niepodważalnych zasad, które nie mają nic
wspólnego z racjonalnym myśleniem, a które ja nazywam
zabobonami. O niektórych z nich pisałem już między wierszami
innych porad, ale nie zaszkodzi jeszcze raz do nich wrócić
przy okazji tworzenia zbioru zabobonów. Do rzeczy:
Zabobon 1.
"Konia należy prowadzić idąc z boku, na wysokości jego kłębu
(lub łopatki)."
Nic bardziej błędnego. Jest to pozycja, w której ustawia się
koń niższej rangi obok konia wyższej rangi lub źrebak obok
swojej matki. Tymczasem ty masz być panem swojego konia.
W związku z tym nie powinien on mieć prawa wysunąć się przed
Ciebie nawet o nos. Uczysz go więc, żeby chodził za Tobą
i nieco z boku, jak za koniem wyższej rangi. Dla porządku
wspomnę, że możesz też popędzać konia idąc za nim, z tyłu
i nieco z boku. Ma to jednak zastosowanie w szkoleniu konia,
a nie w przeprowadzaniu go z punktu A do punktu B.
Zabobon 2.
"Łydką należy działać (np. przy ruszaniu) na popręgu."
Można, ale lepiej tuż za popręgiem. Chodzi o to, że pod
grubym i mocno zaciśniętym popręgiem koń ma osłabione czucie.
To tak, jakby drapać się po pasku, bucie, toczku zamiast po
brzuchu, nodze, głowie.
Zabobon 3.
"Wsiadać należy ustawiając się przodem do zadu konia."
Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby ustawić się przodem
do głowy konia i po włożeniu nogi w strzemię chwycić obiema
rękami za przedni łęk. Ten sposób wsiadania może być dla
Ciebie wygodniejszy i nie ma żadnych powodów, żeby Ci tego
zabraniać. W pewnych sytuacjach, na przykład gdy koń nie stoi
spokojnie, może to być też bezpieczniejszy sposób wsiadania.
Gdy koń niespodziewanie ruszy wciągnie Cię na siodło, a nie
przewróci na plecy.
Zabobon 4.
"Popręg należy dociągać z lewej strony."
Nieprawda. Popręg należy dociągać z obu stron, równo.
Dociągany z jednej strony będzie boleśnie naciągał skórę
konia w tę stronę. Jeśli podczas siodłania zostawimy jednakowe
luzy z obu stron, a następnie będziemy je likwidować na przemian
i równomiernie z obu stron, zaoszczędzimy koniowi dodatkowych
nieprzyjemności przy tej i tak już nieprzyjemnej dla niego
operacji.
Zabobon 5.
"Wykonując podstawowe ćwiczenia w kłusie (wolty, półwolty, zmiany
kierunku) nie wolno anglezować."
A w której ustawie jest to napisane? Faktem jest, że bardziej
efektywny jest wtedy kłus wysiadywany (ćwiczebny), ale powinien
być stosowany przez jeźdźców doświadczonych. Mówiąc krótko -
trzeba umieć jeździć kłusem ćwiczebnym. Inaczej będzie to tylko
wzajemne sprawianie sobie bólu.
Zabobon 6.
"Palce stóp należy trzymać skierowane do konia."
Jeśli komuś tak wygodnie, to niech trzyma. W przeciwnym wypadku
- utrzymywania takiej pozycji stóp na siłę - prowadzi to do
usztywnienia nóg, a przez to całej dolnej części ciała jeźdźca.
Zacytuję Bartalana de Némethy: "Czubki stóp winny pozostawać w
takiej pozycji na jaką pozwala budowa jeźdźca i tworzyć taki sam
kąt jak wówczas gdy chodzi pieszo."
Zabobon 7.
"Koń ma chodzić zebrany."
Kiedy ma, to ma. Ustalmy jednak najpierw, co to znaczy. Koń
zebrany, to nie jest koń zgięty w potylicy (zganaszowany) i to
najczęściej przez ciągnięcie za wodze. Koń zebrany, to koń
poruszający się w pełnej równowadze, z lekkim przodem i mocno
zaangażowanym (podstawionym) zadem. Wyokrąglenie szyi i pionowe
ustawienie głowy jest tutaj efektem wtórnym. No dobrze - powiedzmy,
że koń umie się tak poruszać, do czego doszedł po długim i prowadzonym
fachowo procesie ujeżdżenia. Trzeba wówczas wiedzieć, że taki
ruch - zwłaszcza w kłusie - jest bardzo trudny i męczący dla
konia. Stosujemy go zawsze w jakimś celu i nie za długo, po czym
musimy pozwolić koniowi na odpoczynek w bardziej swobodnym ruchu.
Na razie tyle. Jeśli coś mi się przypomni lub poznam nowy zabobon nie
omieszkam uzupełnić powyższą listę.
Jak zagalopować?
Podtrzymuję to, co powiedziałem wcześniej, że nie nauczysz się
przez Internet zagalopowania - tak jak ruszenia, czy zakłusowania -
i nie w takim kierunku idą moje rady. Jednak znalazłem właśnie na
pewnym forum dyskusyjnym (nie, nie na tym, na którym jestem stałym
dyskutantem) taką bzdurę na ten temat, że nie mogę pozostawić Cię
samego w obliczu takich "rad". Do rzeczy:
Nie przejmuj się tym, że pierwsze samodzielne zagalopowanie nie
przyjdzie Ci tak łatwo jak ruszenie, czy zakłusowanie. Wcześniej
trzeba po prostu opanować pewne "sztuczki".
Przede wszystkim powinieneś dobrze wczuwać się w ruch konia.
Na przykład w stępie naucz się wyczuwać takie delikatne kołysanie na boki,
spowodowane tym, że na przemian - jeden bok konia lekko się zapada,
a drugi lekko uwypukla. Jeśli to wyczuwasz, spróbuj "regulować"
kroki konia - przyspieszać, wydłużać - przez wzmacnianie tego kołyszącego
ruchu naprzemiennym działaniem łydek i kołysaniem (lekkim!) Twoich
bioder. Pomoże Ci to opanować niesymetryczne używanie pomocy.
W kłusie spróbuj zawsze panować nad tym,
na którą nogę anglezujesz.
Pomoże Ci to w nauce wybierania fazy ruchu przed zastosowaniem pomocy.
Po drugie - powinieneś umieć wysiedzieć spokojnie, bez anglezowania,
przynajmniej parę kroków kłusa (kłus ćwiczebny). Wreszcie po trzecie
- Twój dosiad powinien być w miarę niezależny. Oznacza to, że na przykład
nie "anglezujesz rękami", czyli kiedy tułów się unosi, ręce pozostają na
swoim miejscu. To samo z łydkami: pozostają na swoim miejscu, niezależnie
od ruchów Twojego tułowia i rąk. Jeśli to wszystko nie sprawia Ci większych
trudności, możesz przejść do następnej klasy, czyli spróbować
pierwszego samodzielnego zagalopowania z kłusa.
Najlepiej zaplanować to na ujeżdżalni, na zakręcie, na przejściu
z krótkiej ściany na długą. Plan jest taki:
Dlaczego koń "nie chce" zagalopować?
Hmm... , najlepiej byłoby spytać o to bestię ;-)) Jednak zważywszy
na trudności językowe spróbujemy to zgadnąć. Zakładam, że do pytania
"jak zagalopować?"
już nie wracamy. Masz teorię w głowie, starasz się jak najdokładniej
zastosować ją w praktyce ... i nic. Zacznijmy od sprawy najbardziej
podstawowej: czy przypadkiem nie dajesz koniowi sprzecznych sygnałów?
W chwili użycia łydek i dosiadu w celu "popędzenia" konia, nie wolno
Ci w żadnej mierze ciągnąć za wodze. Twoje ręce muszą pójść za ruchem
konia, a dokładniej jego głowy, do przodu. Coś Ci wyjaśnię: skrócenie
wewnętrznej wodzy nie służy do zagalopowania jako takiego, tylko do
ustawienia konia, żeby zagalopował z właściwej nogi. Jeśli na początku
z tym sobie nie radzisz, mniejszym błędem będzie darowanie sobie tego
ruchu, niż ciągnięcie za tę wodzę, gdy koń ma już galopować. Druga
sprawa - też właściwie podstawowa - to Twoja sylwetka. Kiedy próbujesz
zagalopować, nie wolno Ci pochylać się do przodu. Coś Ci się nie zgadza?
Mówiłem, że masz galopować w półsiadzie, lekko pochylony? O.K.! Tylko,
że mowa była o galopowaniu, a nie o zagalopowaniu. Kiedy koń już galopuje,
wyciągnął głowę i szyję nieco do przodu (rozpatrujemy tu galop swobodny),
a co za tym idzie - przesunął do przodu
swój środek ciężkości, sytuacja jest już inna. Musisz pamiętać
o pewnej rzeczy: stęp i kłus to kroki, a galop to skoki. Chcąc wykonać
pierwszy skok galopu koń musi podstawić głębiej pod kłodę (tułów)
zewnętrzną, tylną nogę i odbijając się z niej "wyrzucić" do przodu i minimalnie
w górę swój i Twój ciężar. Przymknij teraz oczy, wyobraź sobie całą sytuację
i powiedz: czy ułatwisz mu to zadanie, jeśli pochylisz się i obciążysz mu
przód? Wtedy raczej będzie mu łatwiej wierzgać do tyłu, niż skoczyć do przodu.
I to by było na tyle ... Reszta - to ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia ...
Aha! Jeszcze jedno: dlaczego "popędzenia" napisałem w cudzysłowie? Dlatego, że
- chociaż można konia zmusić do galopu rozpędzając go coraz bardziej -
przejście do galopu nie ma żadnego związku z jakąkolwiek zmianą prędkości jazdy.
Jak zatrzymać konia?
Kiedyś w końcu trzeba to zrobić i okazuje się, że z tym też możesz mieć
problem. Albo w zastępie wpadasz na poprzedzającego konia, albo podczas
jazdy indywidualnej Twój wierzchowiec ani myśli stanąć w miejscu, tylko
idzie sobie do innych koni.
Książkowe opisy zatrzymania, czyli parady, są często dla początkującego
mało zrozumiałe. Napiszę więc, jak ja to czuję. Przede wszystkim musisz
głęboko usiąść w siodle i wyprostować tułów, czy nawet minimalnie odchylić się
do tyłu. Chodzi o przeniesienie do tyłu ciężaru ciała (przeciwnie niż to
robisz np. w galopie), co już powinno spowodować lekkie zmniejszenie tempa
poruszania się konia dzięki większemu podstawieniu jego tylnych nóg
pod tułów ("skrócenie konia"). Łydki przyłóż (podkreślam - przyłóż)
spokojnie do boków konia, przy czym ja przesuwam je nieco do tyłu w stosunku
do normalnego położenia. To było przygotowanie do zatrzymania, a teraz
uruchamiasz hamulec, czyli zaciskasz kolana i jednocześnie zaczynasz działać
wstrzymująco wodzami. Oznacza to, że zachowując niskie położenie dłoni skracasz wodze
i unieruchamiasz ręce. Przy czym nie należy przesadzać z niskością ręki - za niska też
nie jest dobra. Ideał to prosta linia wodzy i przedramienia, od pyska do łokcia.
Wodze napinasz lekko na tyle, by nie był to dla konia sygnał do podjęcia walki.
Jeśli to konieczne, działanie może być mocne ale musi być wtedy krótkie.
Zakładam przy tym, że do tej pory Twoje ręce nie były "martwe" i podążały za
ruchem głowy konia. Skrócenie wodzy wystarczy minimalne, wykonane przez skręcenie
do siebie dłoni w nadgarstkach.
Ręce muszą pozostać spokojne, nie wolno szarpać wodzami ani ciągnąć ich do tyłu
- są po prostu unieruchomione. Po wykonaniu wszystkiego jak wyżej, średnio dobrze
ujeżdżony koń powinien się zatrzymać. Natychmiast po osiągnięciu celu, czyli
zatrzymaniu, oddaj wodze i "odstaw" łydki (opuść nogi swobodnie).
Przy hamowaniu - odchylony dosiad obciążając koniowi lędźwie stwarza mu gorsze warunki
do pracy, zaciśnięte kolana blokują możliwość przesuwania łopatek co skraca wykrok.
Przy odpowiednim użyciu dosiadu, zacisku kolan i odchylenia do tyłu
można konia zatrzymać nawet bez wodzy. Tomek Kwiatkowski z
Bieszczad sprawdził to na wielu koniach, także nie swoich,
od surowca do zaszarpańca. Czasem nie od razu, ale zawsze w końcu to działa, zwłaszcza jak
koń zrozumie, że to nie boli. W 2001 r. Tomek robił na zawodach w Lesku i Zabajce pokazy
polegające na jeździe na kompletnie gołym koniu (nawet bez kantara) we wszystkich chodach,
łącznie z cofaniem i zagalopowaniem z cofania, zatrzymaniem z galopu, skokiem przez
przeszkodę, chodami bocznymi, zwrotami itp. Zdarza mu się też prowadzić jazdy w teren
"na golasa", zwłaszcza z początkującymi, bo może - pomagając jeźdźcom - puścić konia i nie
martwić się o zapoprężenie itp.
Do największych błędów przy zatrzymaniu konia należy: pochylanie się do przodu
(spotkałem się z określeniem "wpadanie do pyska konia"), ciągnięcie za wodze
oraz zbytnie unoszenie rąk.
Utrudnić zatrzymanie może też jazda z "martwą ręką", to znaczy
nie podążanie rękami w czasie jazdy za ruchem głowy konia. Koń wtedy przez cały
czas stara się uwolnić od bolesnego nacisku wędzidła, a każdy większy nacisk uzna
za powód do większej walki, a nie sygnał do zatrzymania. Przy problemach z
zatrzymaniem (tak jak i z ruszaniem) zawsze lepiej jest puścić wodze niż ciągnąć
za nie. Kłopoty może też powodować brak panowania nad łydkami i ściskanie lub
uderzanie nimi, zamiast spokojnego przyłożenia, co koń odbiera jako pomoc
popędzającą, czyli sprzeczną z tym co chcesz osiągnąć.
Małe wyjaśnienia:
Użyłem określeń "przyłóż łydki" i "odstaw łydki", co może Cię zmylić.
Oczywiście, że łydki zawsze dotykają boków konia, a dosłowne ich odstawienie jest
błędem. Tyle tylko, że wtedy kiedy nie są aktywne ich łączność z bokami konia jest
minimalna i wynikająca jedynie ze swobodnego opuszczenia nóg. Uwaga: ich położenie
powinno być wówczas stabilne. Natomiast mówiąc "przyłóż łydki" mam na myśli ich
uaktywnienie, napięcie mięśni. Tyle tylko, że chodzi mi o podkreślenie
niewielkiej siły tego działania.
A dlaczego przesuwam je nieco do tyłu? Być może jest to zabobon, tym razem wymyślony
przeze mnie. Gdybym miał do tego dorobić teorię, powiedziałbym tak: wydaje mi się,
że wtedy minimalizuję ich działanie popędzające, za to lepiej pilnuję zadu konia
przed wypadnięciem z linii prostej (bo zatrzymujemy konia WYPROSTOWANEGO).
Jakie patenty stosować?
Jeździectwo zna wiele tak zwanych patentów, które mają pomóc w ujeżdżaniu
konia, później w jeździe, czy w szkoleniu jeźdźca. Ja jednak znam tylko
jeden patent, który może pomóc podróżującemu na koniu. Wręcz polecałbym
wszystkim jego stosowanie. Tym patentem jest wytok. Jeśli ktoś nie wie
o czym mowa, niech spojrzy na obrazek pod tym tekstem: to te paski wychodzące
"spod brzucha" konia, zakończone oczkami, przez które swobodnie przechodzą
wodze. Wytok pomaga zarówno jeźdźcowi, jak i koniowi stabilizując położenie
wędzidła w pysku konia i wodzy w ręku jeźdźca. Jeśli koń ma np. zwyczaj
rzucania głową wytok utrudnia mu to, zapobiegając jednocześnie podrywaniu
rąk niewprawnego jeźdźca. I w drugą stronę -
jeśli jeździec nie ma spokojnej ręki i np. unosi dłonie zbyt wysoko,
dzięki wytokowi wędzidło pozostaje na swoim miejscu i nie rozdziera pyska
konia. Mało tego - jeśli koń podnosząc głowę "coś kombinuje", wytok dzięki
utrzymywaniu wędzidła na swoim miejscu powinien
przekonać konia o nieskuteczności jego poczynań i tym samym zniechęcić do nich.
Mniejsza jest też siła potrzebna do sprowadzenia głowy konia na dół, a przez
to działanie wodzy jest bardziej miękkie i płynne.
Dla pełnego obrazu dodam jednak, kiedy wytok utrudnia pracę. Ogranicza on możliwość
pracy rękami na boki (szerokie ręce) co - zwłaszcza w pracy z młodymi końmi - jest
ważne. Takie ułożenie rąk umożliwia lepszą pracę nad wygięciami bocznymi i nie mówimy
tu oczywiście o siłowym łamaniu konia przy pomocy ciągnięcia za jedną wodzę.
Wszystkie czarne wodze, munsztuki itp., a także takie "ozdoby" jak ostrogi radzę
zostawić tym, którzy bardzo dobrze umieją ich używać.
|
poprzednia strona porad |
następna strona porad |